CrossFit - boli czyli żyjesz



Ostatnio moja aktywność fizyczna wyglądała następująco:

3x w tygodniu basen
2x w tygodniu Mel B pośladki i ćwiczenia na boczki Cassey Ho do których już dawałam link


Około rok temu byłam raz na CrossFicie w warszawskim klubie S4 Fight Club. Było sporo osób w grupie ale zajęcia  były zorganizowane fajnie, miejsca sporo. Podobało mi się, choć z trudem wyszłam z budynku o własnych siłach. Następne 3-4 dni były pełne zakwasów ;) Kilka razy myślałam, żeby znowu tam pójść, ale zawsze coś, zawsze nie po drodze, nie takie godziny. I nie poszłam. 



W poniedziałek koleżanka z pracy namówiła mnie na CrossFit. To poszłyśmy. Uważałam, że mam jako taką kondycję, choć może jednak nie wystarczającą, skoro już po 5 min rozgrzewki czułam zmęczenie i przerażona myślałam, co dalej. 

Dalej było fajne, choć cholernie męcząco ale o to przecież chodzi. Na początku ćwiczenia w miejscu, potem obwód na zmianę. Instruktor sprawdzał, czy ćwiczenia są wykonywane poprawnie, motywował "to tylko 10 kg, jeszcze raz". Podobało mi się. 
Zajęcia fitness, gdzie kropla potu nie poleci i tańczy się mambo po kwadracie to nie moja bajka. 

Mam zamiar chodzić na CrossFit co najmniej dwa razy w tygodniu, może trzy - zależnie od innych zajęć, i wierzę, że uda mi się dzięki temu ładnie załatwić tłuszcz z ud :) 

A jak jest drugi dzień po? Ciężko się schylić, bo bolą uda, wejście po schodach jest również bolesne, bardzo czuję tyły ud. Ręce o dziwo trochę mniej. 

A wiecie co jest najlepsze? Ten ból znaczy, że coś się dzieje, że żyję, że mięśnie pracowały, że będzie efekt. Jeśli ktoś ma problemy w pracy, stres, coś nie tak z facetem albo tego faceta w ogóle nie ma - polecam CrossFit (wszelki ruch jest dobry) zapomnisz o tym!



Komentarze